2017-07-27

Epilog

W ciągu ostatniego roku wiele się wydarzyło. Te wszystkie wydarzenia wiele mnie nauczyły. Trzeba być ostrożnym w kontaktach z ludźmi, jednak nie można się całkiem przed nimi zamknąć. Rena zrozumiała swój błąd w niecały miesiąc, co można uznać za mały sukces. Pół roku po kolacji zaręczynowej, na której były nasze rodziny i całe Broken City, wzięliśmy ślub. Wielkie wydarzenie, pełno kamerzystów, fotografów, telewizji… Ale było wspaniale. Już niedługo nasza rodzina powiększy się o kolejnego Pickera, co bardzo ucieszyło wszystkich. Nigdy bym nie pomyślał, że po tym wszystkim będę mówił do Any "mamo" tak jak mówię do swojej. Nigdy też nie przypuszczałem, ze między mną a Reną będzie aż tak idealnie.

- No i on się mnie wtedy pyta: "Robbie, a może wrócisz do Broken City?”, a ja mu na to: "Wolę swoją pracę w parafii.", na co on: "Ale Ty tak serio? Kręci Cię zamiatanie?", a ja: "No… Tak. Ewentualnie jak będę miał czas i wenę to wpadnę do studia, ale to daje mi większą satysfakcję.", no i on wtedy: "Jak wolisz Robbie. Tylko potem nie mów, że nikt Cię nie prosił.", a ja: "Dobrze."… - opowiadam po raz setny tę samą historię, gdy Adam zaproponował mi powrót do wytwórni, gdyż znów znalazła się daleka ciocia sąsiada kuzynki, która nie słyszała tego jeszcze.
- Ale to było jeszcze lepsze, jak Robbie wystraszył się, kiedy dowiedział się o dziecku. - wtrąca się Rena, tuląc głowę do mojego ramienia.
- Nie, najlepsza była reakcja Nii, gdy dowiedziała się, że zostawiłem dla niej religię. Powiedziała wtedy: "A ja myślałam, że będziemy obchodzić razem hanukę i modlić się z twarzą do Mekki.". - w tym momencie wszyscy jak na zawołanie wybuchają śmiechem, a Nia tłumaczy, że to wina mamy, która wychowała ją bez religii i (ba!) bez wiedzy o niej.

Późnym wieczorem kładziemy się z Re w ogrodzie i oglądamy gwiazdy.
- O, a tam jest mała niedźwiedzica! - Lovelis wskazuje na jedną z konstelacji.
- Eh tam takie gwiazdy. Najpiękniejsza jest tutaj. - cmokam ją w nos.
- Naprawdę? A nie tutaj? - ze śmiechem cmoka mnie.
Nie lubię się z nią sprzeczać, więc nic już nie mówię. Dla mnie to ona jest najpiękniejszą z gwiazd. (Ba!) jest dla mnie całym wszechświatem. Po za nią nie ma już nic. I żadna pomyłka nigdy tego nie zmieni.

---
To już koniec tej historii. Trochę łez wzruszenia, sporo emocji i piękne zakończenie, bo jakby mogło być inaczej.
Kolejny blog już 30.07., a będzie to "Lil Lightning" z Taylor Palumbo w roli głównej, z gościnnym udziałem Reny i Robbiego. Czekajcie z niecierpliwością ;)
XOXO
Wiki R5er

2017-07-26

11.

Kilka dni później nadal nie mam żadnej wiadomości od Reny. Czyli Anie się udało… Zniszczyła mnie już na zawsze.
Siedzę w salonie jedząc niezdrową niewegańską pizzę i przełączam kanały. To za wesołe…, to za smutne…, a to za nudne… Nic ciekawego. Chcę już wyłączyć telewizor, gdy nagle do moich uszu dociera głos reporterki z wieczornych wiadomości:
- Rena Lovelis wrzuciła do sieci, a następnie puściła publicznie w wytwórni Broken City filmik, który oczyszcza Robbiego Pickera i wyjaśnia przyczyny jej postępowania. Wokalistka martwi się jednak brakiem wiadomości od chłopaka, więc jeśli ktokolwiek wie coś proszony jest o zjawienie się w wytwórni.
- Rena… - wzdycham i przejeżdżam dłonią po ekranie. Chciałbym być blisko niej.
Zabieram kluczyki od samochodu, zostawiam mamie kartkę i jak najszybciej jadę do Broken City. W wytwórni z wielkim entuzjazmem wita mnie Taylor Palumbo, z którą kiedyś grałem w zespole.
- Robbie! Chodź. Rena nadal jest u Adama. - ciągnie mnie za rękę, zupełnie o nic nie pytając i zupełnie zapominając o tym, że powinna pracować. W ostatnich newsach muzycznych było o nadchodzącym albumie jej punk zespołu.
- Skąd wiesz, że przyjechałem z powodu Reny? - pytam, gdy jedziemy windą na 50 piętro.
- Jak to skąd? Byłam tu przy tym wszystkim. A po za tym wszystkie media o tym mówią… Jesteś sławny, Robbie. - tłumaczy mi. To rzeczywiście było oczywiste.
Wchodzimy do biura Adama. Watts uśmiecha się na mój widok, więc Re obraca się w fotelu. Gdy tylko nasze spojrzenia się krzyżują, Lovelis zrywa się z miejsca i rzuca mi na szyję.
- Kochanie… - szepta i całuje mnie czule.
Obejmuję ją zatem i odwzajemniam pocałunek.
- Aww… - Kenny nagle staje w drzwiach. - Zobacz Ana… Miałem rację… - dodaje i obejmuję ją ramieniem.
Odsuwamy się od siebie z Reną i spoglądamy to na jej rodziców, to na Adama. Nasze palce splatają się ze sobą, a serca biją w równym rytmie.
- Córeczko… - Ana podchodzi do nas. - Teraz już rozumiem. Przepraszam. Przepraszam Was oboje. - dodaje i mocno nas ściska. - Obiecuję od teraz lepiej słuchać co mówicie. - szepta.
- I można? - pyta Watts ze śmiechem.
- Można, można. Wszystko można. - odpowiada mu Kenny, a po chwili także oni przytulają nas.
- Skoro wszystko można… To ja poproszę rodzinną wegańską kolację zaręczynową! - wtrąca się Re.
- Będzie jak zechcesz. - cmokam ją w polik, a moment później wszyscy razem siedzimy w prestiżowej vege restauracji.

2017-07-25

10.

Wpadam do sali Reny, podczas, gdy dziewczyna je obiad.
- Robbie? Co tu robisz? Nie powinieneś być w domu z mamą? - pyta zaskoczona.
- Powinienem, ale zaistniała pewna niemiła sytuacja. - odpieram i chwytam jej dłoń. - Tylko się nie denerwuj…
- Niby czemu bym miała. O co chodzi, Robbie? - patrzy na mnie nieco zmartwiona.
- Twoi rodzice przyszli dziś na obiad do mnie z pastorem i twoja matka zrobiła awanturę. Ja tak dłużej nie mogę. Musisz wyznać im prawdę. - mówię z pełną powagą.
- Ale oni teraz i tak nie uwierzą… Nie wiem co robić… - rozpłakuje się.
- Spokojnie Rena… Nie zostawię Cię i nie przestanę kochać. - przytulam ją do siebie i cmokam w czoło.
- Oni kiedyś Cię zabiją, Robbie… Czy warto aż tak ryzykować? - ciągnie nosem.
- Dla Ciebie zawsze warto. - odpowiadam bez zastanowienia.
Teraz kiedy nasze relacje znacznie się poprawiły, pojawił się problem z jej rodzicami. Ciągle żyją w kłamstwie ich "malutkiej córeczki". Z resztą cały świat tak żyje…

Do wieczora zostaję u Reny, a potem wracam do domu, gdzie czeka pastor i moja matka.
- Nie wiedziałem, że tak to się skończy. - pastor podchodzi do mnie i przytula. - Przepraszam Robbie.
- To nie pastora wina. To tylko oni nie chcą poznać prawdy… - wzdycham i siadam obok mamy. Przytulam się do niej i próbuję przez chwilę zapomnieć o świecie.
- Rozmawiałeś na ten temat z Reną? - głos rodzicielki nagle przerywa ciszę.
- Tak. Boi się ich reakcji. - odpieram i siadam. - Ale kiedyś trzeba będzie stawić czoło wszystkim kłamstwom. - dodaję i sięgam po pilota.
Płyta DVD od Re powinna nadal być w odtwarzaczu, więc naciskam na start. Po chwili na ekranie pojawia się radosna Lovelis i ja. Razem, zakochani, szczęśliwi. Pastor i mama oglądają to z uwagą, a ja powracam myślami do tamtych chwil.
- Wow. To niesamowite. - moja mama pierwsza zabiera głos, gdy nagranie się kończy.
- Mam jeszcze list… Nie wiem tylko czy powinienem wrzucić to na social media i uznać za swój "wielki powrót do życia".  - maluję w powietrzu niewidzialny cudzysłów i wyciągam spomiędzy płyt kopertę.
Oboje czytają to uważnie, a następnie stwierdzają, że mój pomysł jest niegłupi, tak więc jeszcze tego wieczora po raz pierwszy od ponad miesiąca włączam social media i nagle fala powiadomień zalewa mnie.

Następnego ranka czeka na mnie kilka miłych wiadomości z portali społecznościowych. Czytam je szybko, odpisuję i zaczynam się szykować. Dziś mam odebrać Renę ze szpitala. Przyjeżdżam swoim białym fordem i od razu kieruję się pod odpowiedni pokój, lecz nie zastaję dziewczyny. Wracam do recepcji spytać się o nią.
- Pani Lovelis? Matka odebrała ją z rana i kazała to panu przekazać. Podobno nie mogła się z panem skontaktować, że odebrała córkę. - odpowiada i daje mi kopertę.
- Dziękuję. - biorę przedmiot i wracam do samochodu.
Dopiero w domu decyduję się sprawdzić jej zawartość.
"Robbie,
Wiem, że na pewno myślałeś, że zobaczysz dziś Renę, zabierzesz ze sobą i będziecie szczęśliwi, lecz nie. Nigdy na to nie pozwolę. Skrzywdziłeś ją i ta wina nigdy nie będzie Ci odpuszczona. Musisz nauczyć się żyć jako "nic niewarty śmieć" oraz "potwór z Los Angeles".  Nigdy już nie zaznasz szczęścia, miłości, stabilności i spokoju. Już zawsze będziesz nikim, znienawidzonym przez wszystkich gościem.
Zatem jeśli nadal nie rozumiesz, proszę bardzo. Możesz szukać Re, dzwonić, pisać, ale nigdy jej nie odzyskasz. Znikamy na zawsze z twojego życia czy tego chcesz czy nie. Rena będzie musiała się pogodzić z tym, iż prawda nigdy nie wygra.
Zdychaj w samotności,
Twoja niedoszła teściowa Ana"

2017-07-24

9.

Mija tydzień nim doktor wypisuje mnie do domu. Mama i Sais odwiedzali mnie dość często, jednak i tak większość czasu spędzałem z Reną. Wyjaśniliśmy sobie wszystko na spokojnie i daliśmy drugą szansę. Oczywiście Re ciągle mnie przeprasza za swoje zachowanie, choć nie musi. Poznajemy się na nowo i uczymy się miłości. Miłości bezwarunkowej, silnej, wiecznej, bez której świat nie może istnieć.
- Co taki zamyślony? - pyta Nate, gdy jedziemy samochodem do mojego domu.
- Ciągle myślę o Renie. Kocham ją i próbujemy wszystko odbudować. - odpowiadam i wyglądam za okno. Torrance nic się nie zmieniło. - No i myślę jeszcze o tym co się stało. Czemu kłamiesz, Nate? Rena wcale nie upierała się tak jak mówiłeś… Czemu wraz z Nią wymyśliliście podstawienie tam Robbiego Deana? - odwracam nagle na niego wzrok.
- Nia nie mogła już znieść tego, że ona ciągle o Tobie mówi, a mi się przypomniało, że jesteście podobni to wymyśliliśmy plan zeswatania ich. Genialne, co nie? - odpiera i parkuje pod moim domem.
- Genialne? Tylko się posprzeczaliśmy, a Re chciała się zabić. Nic nie rozumiesz. - wysiadam, zabieram swoją torbę i nie zapraszając Saisa wchodzę do domu.
- Będziemy mieli gości. - oznajmia mama od wejścia.
- Kogo? - pytam, zdejmując buty.
- Pastor przyprowadzi znajomych. Podobno miła para. - mówi i miesza w garnku. - Ubierz się tylko jakoś elegancko. - dodaje i przestaje już zwracać na mnie uwagę.
Przeglądam swoje rzeczy i ostatecznie decyduję się na czarne jeansy i czarną koszulę.

Punktualnie o 2PM rozlega się dzwonek do drzwi. Mama odkłada na bok fartuch i rusza je otworzyć.
- Pastorze, jak miło, że pastor przyszedł! - ściska go, podczas gdy ja zapalam ostatnią świeczkę na zastawionym już stole.
- Ciebie też Patricio. - mówi serdecznym głosem. - A to jest Ana i Kenny Enea. - przedstawia "tajemnicze małżeństwo".
- Miło poznać. Patricia Picker. - wyciąga do Any rękę, lecz ta patrzy na nią z pogardą.
- Zapraszam do salonu. - wtrącam się, aby rozładować nieco atmosferę, jednak tylko ją pogarszam.
Ana Lovelis staje na wprost mnie i wymierza mi siarczysty policzek.
- Nie pozwolę, byś znów skrzywdził Renę! - krzyczy, a my wszyscy patrzymy na nią przerażeni. - Pastor chciał nas pogodzić, ale ja nie pozwolę! Dopóki żyję nie zrobisz jej krzywdy!
- Ana, uspokój się i pozwól powiedzieć im ich wersję wydarzeń. - Kenny kładzie jej ręce na ramionach.
- Ależ Kenny! On ją skrzywdził! Nie mów, że będziesz bronił tego potwora! - uderza go z pięści w klatkę piersiową.
- Widzi pastor? Widzi? - pytam z łzami w oczach. - Dlatego nie chciałem, by ktokolwiek o mnie wiedział! Dlatego! - przecieram poliki brzegiem ręki i wybiegam z domu.
Cholerna sytuacja. Ale tak to jest jak rodzice "wiedzą lepiej" i zamiast rozmawiać z dziećmi, wolą robić wszystko po swojemu. Pogodziłem się z Reną, ale oni o tym nie wiedzą, "bo będą krzyczeć". Czasami irytuje mnie dziecinne zachowanie Re, ale z miłości zrobię wszystko.
Udaję się do szpitala porozmawiać z ukochaną. Muszę przekonać ją do powiedzenia światu prawdy.

2017-07-23

8.

Gdy wieczorem doktor kończy obchód, wychodzę i ruszam powoli korytarzem. Muszę znaleźć Renę i z nią porozmawiać.
- Panie Picker, co pan robi? - jedna z pielęgniarek zatrzymuje mnie po drodze.
- Muszę zobaczyć się z Reną. - odpieram i chcę ją wyminąć, ale nie mogę.
- Jutro, dobrze? Pacjentka jest po operacji i potrzebuje spokoju. - próbuje mi coś wyjaśnić.
- Nie. To bardzo pilne. Proszę. - patrzę na nią błagalnym wzrokiem.
- Okay. Chodź. Zaprowadzę Cię. - bierze moją kroplówkę i wsiada ze mną do windy. - Ale tylko góra dziesięć minut. - dodaje, gdy jesteśmy pod odpowiednią salą.
- Dziękuję! - ściskam ją lekko i wchodzę do sali, gdzie leży Rena.
Siadam cicho przy łóżku dziewczyny i delikatnie chwytam jej dłoń. Po wydarzeniach w fabryce nie jest w najlepszej formie. Ma złamaną rękę, na którą upadła, uraz nogi przez puste beczki, które na nią spadły i lekkie poparzenia. Nadal nie wiem co jej strzeliło do głowy, aby podpalić stojące tam chemikalia. Przecież mogła umrzeć!
- Yh, oh… Ale boli… - kręci głową z zamkniętymi oczami i pojękuje cicho. Nie dziwię się jej, oparzenia bardzo bolą.
- Rena… Spokojnie… Będzie dobrze… - odzywam się do niej ściszonym głosem i ostrożnie dotykam jej policzka.
- Au. Lepiej nie. - odpowiada i spogląda na mnie. - To wszystko tak boli… Dlaczego mnie ratowałeś? - wpatruje się we mnie z wyrzutem.
- Bo… Bo… - nie wiem co jej powiedzieć. Po tym wszystkim co się wydarzyło sam już nie wiem co czuję.
- Bo? Bo mnie nienawidzisz i cieszy Cię moje cierpienie, czyż nie? - w jej oczach zauważam złość.
- Nie, to zupełnie nie to. - zaprzeczam szybko. - To… To… To już nie nienawiść. To cholerna miłość, która nigdy nie umarła. Nigdy. Schowała się nieco za złością, odrzuceniem i samotnością. Cierpiałem, bo szczerze Cię kocham, a Ty zrobiłaś mi takie coś… Chciałbym, żeby pewnego dnia było między nami okay, ale niektóre sprawy mi na to nie pozwalają. Choć serce bardzo pragnie być przy Tobie, umysł ciągle przypomina mi te okropne wydarzenia… Ale nigdy nie chciałbym, abyś cierpiała. - pomiędzy słowami muskam wargami jej dłoń.
- Robbie, nie kłam. - mówi, a głos jej się łamie.
- Nie kłamię. Zaufaj mi, proszę. - ocieram łzę z jej twarzy.
- Nie mogę, bo Ty mi nie ufasz… - odpowiada i odwraca głowę.
- Nie mów, że będziesz się teraz fochać… Re… - przesiadam się z krzesła na brzeg jej łóżka i obejmuję ramionami, tak, aby nie bolały ją oparzenia, ale czuła ciepło i uczucie, które pragnę jej dać.
- Odpuść, okay? To wszystko zaszło już za daleko. Oszukaliście mnie razem z Natem i Nią. Uknuliście sobie idealny plan… Chcieliście mnie zamknąć w psychiatryku, co? - rzuca mi krótkie nienawistne spojrzenie.
- Co? - jestem zaskoczony. - Mi Nate powiedział, że to Ty uparłaś się na Robbiego Deana w fabryce, aby wzbudzić moją zazdrość…
- Wymyślasz. Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. - odwraca się w moją stronę.
- A więc Nia i Nate wymyślili sami ten jakże genialny plan… - wzdycham.
- Genialny? Rozwalili wszystko. - Re nie łapie mojego sarkazmu.
- Ale teraz możemy sobie wszystko wyjaśnić. - uśmiecham się do niej.
- Nie chcę. To nie ma sensu. - protestuje.
- Jesteś strasznie dziwna, ale i tak Cię kocham. Kocham i spróbuję zapomnieć. Dasz nam szansę, Re? - patrzę prosto w jej oczy.
- Zastanowię się. - szepta.
- Jak chcesz. Wracam na swoją salę. - wstaję i chcę odejść, ale Lovelis chwyta moją dłoń.
- Na początku byłam wściekła, ale teraz cieszę się, że mnie uratowałeś. Dziękuję. - podnosi się nieco, z grymasem bólu na twarzy i robi z ust dziubek. Nie jestem do końca pewien, czy powinienem, jednak całuję ją, a z tym jednym pocałunkiem wraca cała masa wspomnień.

2017-07-22

7.

Po wybuchu nie wiele myślę, tylko ruszam przed siebie. Przyznaję, Rena była pomyłką w moim życiu, jednak nie pozwolę, aby przeze mnie straciła swoje. Wpadam do fabryki i rozglądam się nerwowo. Kilka ścian już się zawaliło, a ogień strawia pozostałe dotychczas resztki chemikaliów. Nagle zauważam Renę leżącą kilka metrów ode mnie, a tuż obok niej coraz większy płomień.
- Musisz to zrobić, choćby to była najgorsza pomyłka w twoim życiu. Dawaj Robbie. - motywuję sam siebie i ruszam w kierunku Lovelis.
Gdy jestem już prawie przy niej, tuż przede mną spada z sufitu płonąca belka. Denerwuję się jeszcze bardziej, a przez dym coraz trudniej mi się oddycha. Obracam się kilka razy wokół własnej osi, aż znajduję wąskie przejście do Reny.
- Na trzy. - mówię i zaczynam odliczać. - Raz… Dwa… Trzy! - rzucam się biegiem, a po chwili jestem tuż przy dziewczynie. - Ocknij się, proszę… - lekko nią potrząsam, ale nie reaguje.
Czuję, że robi mi się strasznie gorąco. Za mną jest ogromny płomień. Biorę Renę na ręce i ruszam z nią do wyjścia. Kilka metrów przed drzwiami słabnę z sił. Upadam. Biorę kilka głębokich wdechów, zarzucam sobie Re na plecy i próbuję opuścić tę cholerną fabrykę. Ledwo udaje mi się doczołgać do skraju zieleni kiedy całkowicie tracę kontakt z rzeczywistością.

Gdy otwieram oczy, zaczynam rozglądać się nerwowo w poszukiwaniu Reny. Ostatnie co pamiętam to moment, gdy opuściliśmy fabrykę.
- Doktorze, obudził się. - czyjś głos, dobrze mi znany, woła lekarza.
Odwracam głowę i zauważam Nate'a.
- Co się...? Co...? Powiedz, co się stało... - pytam słabym głosem.
- Mieliście wypadek w fabryce. Mówiłem Renie, że to nie jest dobry pomysł, ale się uparła. Robbie Dean miał wzbudzić twoją zazdrość. Przepraszam, ale Nia mnie o to poprosiła w zamian za randkę. Wiem, że możesz poczuć się zraniony, ale zależy mi na niej. - mówi szybko, a ja próbuję załapać cokolwiek. Rena, Nate i Robbie Dean...? Za dużo jak na raz.
- Muszę zobaczyć się z Reną. - podnoszę się, próbując wypiąć kroplówkę.
- Nie możesz. Nie teraz. Jej rodzina tu jest. - powstrzymuje mnie.
- Ale ja muszę. - upieram się.
- Zaraz będzie twoja mama. Ojciec martwi się, ale nie może rzucić pracy, tak samo siostra studiów. Ale matka jedzie do Ciebie. - tłumaczy mi.
- Ale tylko na moment. Muszę wiedzieć co z Reną! - wołam, aż zwracam uwagę pielęgniarki.
- Panie Picker, wszystko w porządku? - pyta, podchodząc do mojego łóżka.
- Kolega martwi się o dziewczynę... - wtrąca się Sais.
- Ta różowowłosa, którą z panem przywieziono? - dopytuje, zaglądając w trzymane dokumenty.
- Tak, ta. Rena. - odpieram i siadam zaciekawiony.
- Jest jeszcze na sali operacyjnej. Rodzice i siostra czekają pod blokiem. - odpowiada, a ja zaciskam oczy, aby powstrzymać łzy.
- Będzie dobrze Robbie, uspokój się. - Nate kładzie mi rękę na ramieniu i posyła delikatny uśmiech.
Kładę się z powrotem na poduszki i, pomimo obecności Nate'a, milczę. Wracam myślami do wydarzeń z fabryki. Chciała, abym był zazdrosny i jestem.
- Wiesz co, idę do Nii. - Nate nagle przerywa panującą ciszę, wstając z krzesła. - Wpadnę później. Moja mała Ni bardziej mnie teraz potrzebuje. To na razie, Robbie. - woła i opuszcza salę.
Jak zwykle zostaję sam. Przyzwyczaiłem się już w sumie do tej samotności. Od kiedy Rena zrobiła ze mnie potwora, nawet mój kumpel się ode mnie odwrócił. Jak głupi szczeniak lata za jej siostrą, więc oczywiste jest, że teraz będzie po jej stronie. Szkoda mi tylko tych wspólnych lat. To było niesamowite grać razem w zespole, wychodzić razem na pizzę... Brakuje mi tego, ale niestety jako "pobożny Żyd" chłopak nie ma zamiaru pokazywać się z tak "niemoralnym człowiekiem".

2017-07-21

6.

Gdy w końcu jestem w stanie wstać i zacząć na nowo normalnie funkcjonować, postanawiam jednak wybrać się do starej fabryki. Przebieram się w czyste ubrania, zabieram samochód i jadę, choć droga jest długa. Nie ze względu na odległość, lecz ze względu na korki. O ile w Torrance jakoś to jeszcze idzie, prawdziwa męka była w Los Angeles, gdzie mieszkałem przez pewien czas. Teraz wróciłem do rodzinnej miejscowości, aby żyć w spokoju, jednak ta mała Lovelis postanowiła mieć inny plan. Kiedyś wspominała mi, że dostała od Adama domek wypoczynkowy niedaleko LA, ale nie przypuszczałem, że jest on w moim Torrance, mojej rodzinnej miejscowości spokoju.
Parkuję niedaleko fabryki i ostrożnie, ciągle się rozglądając, zbliżam się do budynku. Do moich uszu dobiegają dwa głosy. Jeden z nich należy do Reny, ale drugi… Nie wiem. Zakradam się i zaglądam przez uchylone drzwi.
- Robbie, ja naprawdę Cię przepraszam… - dziewczyna zakłada mu ręce na szyję.
- Ale za co? Przecież na taką ślicznotkę nie można się wcale gniewać… - odpowiada jej, a ja rozpoznaję jednego z poprzednich muzyków mojego dawnego zespołu. Nate często powtarzał mi, że kiedyś grał z nimi Robbie Dean i, że jesteśmy bardzo podobni, jednak nie sądziłem, że kiedykolwiek będę miał okazję zobaczyć go na żywo.
- Ale, ale… Jeszcze tak niedawno nie chciałeś mnie słuchać… Co się tak nagle zmieniło? - patrzy na niego, tak jak kiedyś patrzyła na mnie.
- Przemyślałem sobie wszystko, mała. - cmoka ją w polik.
- Naprawdę? Spróbujemy? Od nowa? - uśmiecha się do niego.
- Oczywiście, że spróbujemy. - podnosi ją za pośladki i sadza na jedną w pustych beczek po chemikaliach.
Nie mogę znieść tego, że jakiś obcy chłopak obściskuje, kiedyś moją, Renę. Wpadam do fabryki, zamierzam się, aby go uderzyć, jednak moja ręka zawisa w powietrzu.
- Rena… - szeptam, a potem upadam na kolana. - Czemu? Powiedz mi czemu? - podnoszę na nią wzrok.
Lovelis jest zaskoczona. Dwóch podobnych do siebie chłopaków, o tym samym imieniu.
- Ale… Robbie? Ty mi lepiej powiedz czemu… Wyjaśnij co się tu dzieje… - odzywa się po chwili, odsuwając od siebie R.Deana.
- Sam chciałbym wiedzieć… - podnoszę się, otrzepuje spodnie i spoglądam na sobowtóra. - Robbie Dean, pierwszy z Lovesick Riot… Miło w końcu Cię poznać. - wyciągam do niego dłoń.
- Eh… - cofa się zakłopotany. - Może ja już pójdę. Pogadaj z Natem. On Ci wszystko wyjaśni. - dodaje i szybko ucieka.
Patrzę przez chwilę na Renę i zastanawiam się co powiedzieć.
- Za dużo na dziś. Wracam do domu. - dziewczyna przerywa ciszę.
- Zastanów się czego chcesz od życia, a potem marnuj mój czas, okay? - odpowiadam i opuszczam fabrykę jeszcze przed nią.
Wsiadam do auta i czekam chwilę. Pomimo iż zraniła się, nadal ją kocham i nie chcę, aby coś się jej stało. To co poczułem na jej widok z innym to czysta zazdrość. Cholerna zazdrość.
Nagle słyszę głośny huk i zauważam kłąb dymu. Tylko nie to. Nie Rena.

2017-07-20

5.

Staję pod biurem parafialnym i podsłuchuję rozmowę rodziców Reny z pastorem. Serce wali mi jak szalone. Strasznie boję się, że pastor może niechcący powiedzieć, iż tu jestem, co tylko sprowadziłoby jeszcze większe kłopoty.
- Niech ksiądz się zgodzi odprawić za Renę mszę. Może to pomoże jej udręczonej duszy. - widzę przez szklane drzwi jak pani Ana pada na kolana.
- Dobrze, odprawię. Tylko wątpię czy to wiele pomoże. Rozmawiałem z nią ostatnio, także prosiła o modlitwę. Jak widać coś poważnego musiało się wydarzyć skoro państwo tu przyszliście. - mówi spokojnie, zaparzając kawę. - Proszę usiąść, porozmawiamy jeszcze. - dodaje i stawia filiżanki na biurku.
Gdy Ana zaczyna opowiadać całość, wszystko nagle do mnie wraca. Z oczu zaczynają płynąć mi łzy, więc chcę jak najszybciej odejść i już dalej nie słuchać, jednak wpadam na pozostawioną miotłę. Hałas jest straszny, aż pastor wychodzi z biura.
- Cicho, idź pozamiataj w kaplicy. - szepta, patrząc na mnie. - Albo lepiej do domu. I nie martw się o nic. Nie wydam Cię. - zmienia zdanie i wraca do państwa Enea.

Po powrocie do domu siadam w salonie z paczką niezdrowych chipsów i włączam byle jaki kanał.
To wszystko jest coraz bardziej skomplikowane. Najpierw w moim w miarę ustatkowanym życiu zjawia się Rena, teraz jej rodzice… Wszystko przestaje mieć sens. Ona chce się spotkać, naprawić to. Oni myślą, że cierpi, bo zrobiłem jej krzywdę. A to wszystko to jedna wielka pomyłka, jedno wielkie kłamstwo. Gdy tylko przypominam sobie ten cholerny dzień, mam ochotę odebrać sobie życie. Zostałem sam, bezbronny, wyśmiany, wytykany palcami, z etykietką "nic niewarty śmieć". Widziałem smutek w oczach Adama, złość u Any i samozadowolenie Reny. Sława i pieniądze są teraz najważniejszą wartością dla wielu, dla Reny też. Lovelis nie martwiła się, że prawda może wyjść na jaw. Nie obchodziły jej moje uczucia, moje dalsze życie. Nic dla niej nie znaczyłem, choć obdarzyłem ją prawdziwą, szczerą i niezniszczalną, jak mi się wydawało, miłością. Czasami jednak lepiej nie otwierać się przed ludźmi, zamknąć swoje serce i żyć niczym robot. Aldous Huxley w swojej książce "Nowy wspaniały świat" ukazał świat, w którym nie było uczuć, a ludzie byli szczęśliwi. Może i w swoim dziele chciał ustrzec ludność przed taką koleją rzeczy, ale miał po części rację. Życie bez uczuć jest szczęśliwe. Nie zakochasz się, nikt Cię nie zrani… Przecież "każdy należy do każdego". Wybutlowani, identyczni, szczęśliwi. Może za kilka, bądź kilkadziesiąt lat, tak będzie. Może wtedy świat pozbędzie się takich podłych osobników jak Rena. Albo chociaż zamknie ich w rezerwacie Dzikich, Innych. Może wtedy świat stanie się lepszym, nowym wspaniałym światem.

2017-07-19

4.

Rena napisała do mnie list i przygotowała filmik z naszych zdjęć i Snapów. Na koniec dodała też naszą sex taśmę, która stała się powodem wszystkich złych zmian w moim życiu.
Tamtego wieczora, mówiła, że kocha mnie nad życie i chcę być już zawsze ze mną. Kochaliśmy się, a w tle leciały same romantyczne utwory. Za to dzień później cała wytwórnia zobaczyła to i usłyszała smutną historię jak to zły Robbie zrobił jej krzywdę. Tak naprawdę to zrobiła to tylko dla pieniędzy. Gazety, telewizje i wiele innych osób współczuli jej i płacili za wywiady. Cholerna egoistka. Jeśli myśli, że teraz jej wybaczę to się myli. Już nigdy nic nie będzie takie samo.

Z samego rana udaję się do kościoła, aby kolejny dzień spędzić na zamiataniu. Chociaż wtedy nie myślę o tym co było.
- Robbie? Nie powinieneś być w seminarium? - pyta pastor, gdy tylko mnie zauważa.
- Powinienem, ale ktoś znów niszczy moje życie. - odpieram i biorę do ręki miotłę.
- Znowu ta sama dziewczyna? - patrzy na mnie.
Moi rodzice opowiedzieli mu moją smutną historię, tylko po to, aby mnie wziął do pracy. Oczywiście, że zwykle to żona czy dzieci pastora zajmują się tym za darmo, jednak dla nich zrobił wyjątek. Mój tata często wyjeżdża z pracy, jak to jest w zawodzie ochroniarza, więc pomagał nam od zawsze. Wraz z siostrą byliśmy ulubieńcami pastora, choć po moim wyjeździe za karierą, a jej na studia, przestaliśmy być religijni.
- Tak. - przytakuję i zaczynam zamiatać. Przez noc nic się co prawda nie zmieniło, ale chociaż trochę poudawać trzeba.
- Tak mi przykro. Chodź, Robbie. - rozkłada ramiona.
Przytulam się do niego. Łzy zaczynają spływać po mojej twarzy.
- Dziękuję. - szeptam, próbując się uspokoić, jednak nie jest to łatwe. - Chce się ze mną dziś spotkać… Nie wiem, czy iść… - dodaję.
- To tylko zależy od Ciebie. Posłuchaj głosu serca i zrób tak. Nie mogę przecież do końca życia decydować za Ciebie, Robbie. - odpowiada i puszcza mnie. - Idę do biura, jakbyś mnie potrzebował to tam mnie znajdziesz. - rusza do drzwi.
Zostaję sam. Odkładam na bok miotłę i klękam przed ołtarzem. Modlę się chwilę w ciszy, gdy nagle ktoś wchodzi.
- Zupełnie nie wiem co w nią wstąpiło… - słyszę czyjś damski głos.
- Ależ Ana, ksiądz nic w tym przypadku nie zmieni. Chodź stąd. - przerywa jej męski głos.
Odwracam wzrok zza ławki i dostrzegam rodziców Reny. Ana i Kenny nigdy się nie pobrali, nigdy nie uczęszczali do kościoła i nigdy, ale to nigdy nie chcieli mnie wysłuchać. Chowam się bardziej między ławki, tak aby mnie nie widzieli.
- Kenny, ona ciągle mi się skarży na te koszmary. Może modlitwa, msza, cokolwiek jej pomoże. Zrozum, że się martwię. Od tamtego dnia nie jest już taka sama… No i jeszcze nie wiadomo, gdzie jest ten przeklęty Robbie. - mówi szybko, krocząc w stronę biura.
- Ana, ja rozumiem, jednak twierdzę, że to przesada. Jeśli my nie możemy nic zrobić, to co dopiero ksiądz. - pan Enea tłumaczy jej, idąc kilka kroków za nią.
Dopiero, gdy znikają za drzwiami, wychodzę z kryjówki i wracam do pracy. Z każdym kolejnym muśnięciem podłogi miotłą, zbliżam się do biura. Chcę wiedzieć, czy jestem tu bezpieczny.

2017-07-18

3.

Tydzień później zabieram swoje rzeczy i jadę do seminarium. Podróż pociągiem mija mi całkiem nieźle do czasu, gdy napotykamy na drodze wypadek. Samobójca rzucił się pod koła pociągu przed nami. Opóźnienie jest niewielkie, jednak muszę powiadomić, iż się spóźnię.

Na miejscu udaję się do księdza, który prowadzi to seminarium.
- Robbie Picker, miałem od dziś zacząć. - oznajmiam, a on podnosi na mnie wzrok.
- To fakt, jednak wydarzyło się coś co wyklucza Cię. - odpiera i podnosi kasetę, którą doskonale znam.
- Nie, to niemożliwe. - spoglądam na niego błagalnie, jednak on nie reaguje.
- Obejrzyj dokładnie. - włącza nagranie.
Patrzę na ekran i wszystko do mnie wraca. Łzy zaczynają spływać po moich polikach.
- Niech ksiądz w to nie wierzy. Ta dziewczyna wrobiła mnie. To było zupełnie inaczej. - odzywam się, gdy film się kończy.
- Jeśli nie tak, to jak? - patrzy na mnie surowo.
- Wyjaśnię to, tylko pozwól mi tu zostać. - padam na kolana i kłaniam się mu.
- Niestety muszę odesłać Cię do domu. - ostentacyjnie wkłada moje dokumenty do niszczarki.
Wchodzę stamtąd załamany i kieruję się na dworzec. Siadam tam i czekam na powrotny pociąg. Chcę jak najszybciej zamknąć się w swoim torrancejskim pokoju. W przedziale trafiam na sympatyczną grupę wycieczkową. Wesoła młodzież, która jeszcze niewiele zna świat. Niech się cieszą i korzystają z życia póki mogą.

W domu nie zastaję nikogo, a na wycieraczce leży koperta. Zabieram ją do salonu i otwieram. Jest w niej płyta DVD i kartka papieru. Wkładam dysk do odtwarzacza i czekając aż się załaduje, zaczynam czytać.
"Robbie,
wiem, że nie chcesz mnie słuchać, to próbuję tak. Może przeczytasz to co powinieneś usłyszeć.
Przepraszam Cię za wszystko co się stało. Zachowałam się podle i wiem, że twoją miłość do mnie zastąpiła nienawiść. Zapewne nie wiesz, ale cierpię tak samo jak Ty. Co noc śnią mi się koszmary, co dzień pragnę Cię przeprosić i wszystko naprawić. Jeśli dasz mi szansę, proszę, spotkajmy się jutro w starej fabryce na obrzeżach miasta.
Rena
P.S. Jeśli zastanawiasz się czemu nie przyjęli Cię do seminarium, to tylko moja zasługa. Nie mogłam na to pozwolić.
P.S.2. Na płycie jest coś specjalnego. Proszę, nie wyrzucaj jej."
Odkładam list na bok i włączam nagranie z płyty.

2017-07-17

2.

Od ostatniej wizyty Reny w kościele mija tydzień. Długi tydzień dodatkowych obowiązków. Z powodu tego co zrobiłem, pastor dołożył mi jeszcze gotowanie.
Stoję w kuchni mieszając w garnku, gdy nagle zjawia się Rena.
- Cześć! - rzuca i zaczyna zmywać naczynia. - W ramach zadośćuczynienia chcę pomóc. - dodaje.
- Okay. - odpieram, a ona odwraca się.
- Robbie? - pyta, podchodząc bliżej. - Ty? Tutaj?
- A co miałem robić jak wyleciałem z wytwórni przez czyjś głupi pomysł? - odpieram oschle i wyłączam kuchenkę.
- Przepraszam. Gadałam już z Adamem. Z chęcią weźmie Cię do Broken City. - kładzie mi rękę na ramieniu, ale ją odtrącam.
- Już za późno. W przyszłym tygodniu jadę do seminarium. - mówię z powagą i nakładam posiłki na talerze. - Nie przeszkadzaj mi, okay?
- Okay... Okay... - burczy pod nosem i wraca do zmywania.

Po pracy wracam do domu. Jestem zmęczony, a mam jeszcze dziś pojechać z mamą do sklepu.
- Robbie, chodź, mam niespodziankę. - mama Patricia ciągnie mnie za rękę do salonu. - To jest Pyrena. Chciała z Tobą porozmawiać. - dodaje.
Spoglądam na dziewczynę, siedzącą z moim tatą i rozmawiającą na temat ochrony podczas koncertów.
- Hej. - rzucam, choć głos mi drży.
- Robbie, musisz mnie wysłuchać. - zaczyna Lovelis, podchodząc do mnie.
- Mówiłem Ci, że masz mi dać spokój. - odzywam się, próbując zabrzmieć agresywnie.
- Musisz. - jest uparta.
- Nie. Idź już. - wskazuję na wyjście.
- Ale... Ale... - chce coś powiedzieć, ale ja wypycham ją za drzwi.
- To nie było miłe, synu. - tata spogląda na mnie surowo.
- To ona. To przez nią teraz tu jestem! - podnoszę głos.
- Sądzę, że powinieneś ją wysłuchać. - mama wtrąca się.
- Jestem dorosły i sam będę o sobie decydował. - odpieram i kieruję się do swojego pokoju.

Leżąc wieczorem na łóżku, myślę tylko o Renie i o tym co zrobiła. Po miesiącu nagle się zjawiła i znów obudziła złe wspomnienia. Doskonale pamiętam jak zniszczyła mnie. Jak w jednej chwili z cudownego chłopska stałem się najgorszym gościem na świecie. Nigdy nie zapomnę jak przed całą wytwórnią puściła film, który skreślił mnie na zawsze.