Rena
napisała do mnie list i przygotowała filmik z naszych zdjęć i Snapów. Na
koniec dodała też
naszą
sex taśmę, która stała
się
powodem wszystkich złych zmian w moim życiu.
Tamtego
wieczora, mówiła, że
kocha mnie nad życie
i chcę
być
już
zawsze ze mną.
Kochaliśmy
się,
a w tle leciały same romantyczne utwory. Za to dzień później cała
wytwórnia zobaczyła to i usłyszała smutną
historię
jak to zły Robbie
zrobił jej krzywdę.
Tak naprawdę
to zrobiła to tylko dla pieniędzy.
Gazety, telewizje i wiele innych osób współczuli jej i płacili za wywiady.
Cholerna egoistka. Jeśli
myśli,
że
teraz jej wybaczę
to się
myli. Już
nigdy nic nie będzie
takie samo.
Z samego rana udaję się do kościoła, aby
kolejny dzień
spędzić na
zamiataniu. Chociaż
wtedy nie myślę o tym co
było.
- Robbie? Nie powinieneś być w seminarium?
- pyta pastor, gdy tylko mnie zauważa.
- Powinienem, ale ktoś znów niszczy
moje życie.
- odpieram i biorę
do ręki
miotłę.
- Znowu ta sama dziewczyna? - patrzy na
mnie.
Moi rodzice opowiedzieli mu moją smutną historię, tylko po to,
aby mnie wziął
do pracy. Oczywiście,
że
zwykle to żona
czy dzieci pastora zajmują
się
tym za darmo, jednak dla nich zrobił wyjątek.
Mój tata często
wyjeżdża z pracy, jak
to jest w zawodzie ochroniarza, więc
pomagał nam od zawsze. Wraz z siostrą
byliśmy
ulubieńcami
pastora, choć
po moim wyjeździe
za karierą,
a jej na studia, przestaliśmy
być
religijni.
- Tak. - przytakuję i zaczynam
zamiatać.
Przez noc nic się
co prawda nie zmieniło, ale chociaż
trochę
poudawać
trzeba.
- Tak mi przykro. Chodź, Robbie. -
rozkłada ramiona.
Przytulam się do niego. Łzy
zaczynają
spływać
po mojej twarzy.
- Dziękuję. - szeptam, próbując się uspokoić, jednak nie
jest to łatwe. - Chce się
ze mną
dziś
spotkać…
Nie wiem, czy iść…
- dodaję.
- To tylko zależy od Ciebie.
Posłuchaj głosu serca i zrób tak. Nie mogę
przecież
do końca
życia
decydować
za Ciebie, Robbie. - odpowiada i puszcza mnie. - Idę do biura,
jakbyś
mnie potrzebował to tam mnie znajdziesz. - rusza do drzwi.
Zostaję sam. Odkładam na bok miotłę i klękam przed
ołtarzem. Modlę
się
chwilę
w ciszy, gdy nagle ktoś
wchodzi.
- Zupełnie nie wiem co w nią wstąpiło… - słyszę czyjś damski głos.
- Ależ Ana, ksiądz nic w tym przypadku nie zmieni. Chodź stąd. - przerywa
jej męski
głos.
Odwracam wzrok zza ławki i dostrzegam
rodziców Reny. Ana i Kenny nigdy się
nie pobrali, nigdy nie uczęszczali
do kościoła
i nigdy, ale to nigdy nie chcieli mnie wysłuchać. Chowam się bardziej między ławki, tak
aby mnie nie widzieli.
- Kenny, ona ciągle mi się skarży na te
koszmary. Może
modlitwa, msza, cokolwiek jej pomoże.
Zrozum, że
się
martwię.
Od tamtego dnia nie jest już
taka sama… No i jeszcze nie wiadomo, gdzie jest ten przeklęty Robbie. -
mówi szybko, krocząc
w stronę
biura.
- Ana, ja rozumiem, jednak twierdzę, że to przesada.
Jeśli
my nie możemy
nic zrobić,
to co dopiero ksiądz.
- pan Enea tłumaczy jej, idąc
kilka kroków za nią.
Dopiero, gdy znikają za drzwiami,
wychodzę
z kryjówki i wracam do pracy. Z każdym
kolejnym muśnięciem podłogi
miotłą,
zbliżam
się
do biura. Chcę
wiedzieć,
czy jestem tu bezpieczny.
O! Państwo Enea przyszli. I przynajmniej wiemy o co chodzi z taśmą tzn. Od początku się domyślałam.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i czekam co dalej.