2017-07-19

4.

Rena napisała do mnie list i przygotowała filmik z naszych zdjęć i Snapów. Na koniec dodała też naszą sex taśmę, która stała się powodem wszystkich złych zmian w moim życiu.
Tamtego wieczora, mówiła, że kocha mnie nad życie i chcę być już zawsze ze mną. Kochaliśmy się, a w tle leciały same romantyczne utwory. Za to dzień później cała wytwórnia zobaczyła to i usłyszała smutną historię jak to zły Robbie zrobił jej krzywdę. Tak naprawdę to zrobiła to tylko dla pieniędzy. Gazety, telewizje i wiele innych osób współczuli jej i płacili za wywiady. Cholerna egoistka. Jeśli myśli, że teraz jej wybaczę to się myli. Już nigdy nic nie będzie takie samo.

Z samego rana udaję się do kościoła, aby kolejny dzień spędzić na zamiataniu. Chociaż wtedy nie myślę o tym co było.
- Robbie? Nie powinieneś być w seminarium? - pyta pastor, gdy tylko mnie zauważa.
- Powinienem, ale ktoś znów niszczy moje życie. - odpieram i biorę do ręki miotłę.
- Znowu ta sama dziewczyna? - patrzy na mnie.
Moi rodzice opowiedzieli mu moją smutną historię, tylko po to, aby mnie wziął do pracy. Oczywiście, że zwykle to żona czy dzieci pastora zajmują się tym za darmo, jednak dla nich zrobił wyjątek. Mój tata często wyjeżdża z pracy, jak to jest w zawodzie ochroniarza, więc pomagał nam od zawsze. Wraz z siostrą byliśmy ulubieńcami pastora, choć po moim wyjeździe za karierą, a jej na studia, przestaliśmy być religijni.
- Tak. - przytakuję i zaczynam zamiatać. Przez noc nic się co prawda nie zmieniło, ale chociaż trochę poudawać trzeba.
- Tak mi przykro. Chodź, Robbie. - rozkłada ramiona.
Przytulam się do niego. Łzy zaczynają spływać po mojej twarzy.
- Dziękuję. - szeptam, próbując się uspokoić, jednak nie jest to łatwe. - Chce się ze mną dziś spotkać… Nie wiem, czy iść… - dodaję.
- To tylko zależy od Ciebie. Posłuchaj głosu serca i zrób tak. Nie mogę przecież do końca życia decydować za Ciebie, Robbie. - odpowiada i puszcza mnie. - Idę do biura, jakbyś mnie potrzebował to tam mnie znajdziesz. - rusza do drzwi.
Zostaję sam. Odkładam na bok miotłę i klękam przed ołtarzem. Modlę się chwilę w ciszy, gdy nagle ktoś wchodzi.
- Zupełnie nie wiem co w nią wstąpiło… - słyszę czyjś damski głos.
- Ależ Ana, ksiądz nic w tym przypadku nie zmieni. Chodź stąd. - przerywa jej męski głos.
Odwracam wzrok zza ławki i dostrzegam rodziców Reny. Ana i Kenny nigdy się nie pobrali, nigdy nie uczęszczali do kościoła i nigdy, ale to nigdy nie chcieli mnie wysłuchać. Chowam się bardziej między ławki, tak aby mnie nie widzieli.
- Kenny, ona ciągle mi się skarży na te koszmary. Może modlitwa, msza, cokolwiek jej pomoże. Zrozum, że się martwię. Od tamtego dnia nie jest już taka sama… No i jeszcze nie wiadomo, gdzie jest ten przeklęty Robbie. - mówi szybko, krocząc w stronę biura.
- Ana, ja rozumiem, jednak twierdzę, że to przesada. Jeśli my nie możemy nic zrobić, to co dopiero ksiądz. - pan Enea tłumaczy jej, idąc kilka kroków za nią.
Dopiero, gdy znikają za drzwiami, wychodzę z kryjówki i wracam do pracy. Z każdym kolejnym muśnięciem podłogi miotłą, zbliżam się do biura. Chcę wiedzieć, czy jestem tu bezpieczny.

1 komentarz:

  1. O! Państwo Enea przyszli. I przynajmniej wiemy o co chodzi z taśmą tzn. Od początku się domyślałam.
    Pozdrawiam i czekam co dalej.

    OdpowiedzUsuń