2017-07-23

8.

Gdy wieczorem doktor kończy obchód, wychodzę i ruszam powoli korytarzem. Muszę znaleźć Renę i z nią porozmawiać.
- Panie Picker, co pan robi? - jedna z pielęgniarek zatrzymuje mnie po drodze.
- Muszę zobaczyć się z Reną. - odpieram i chcę ją wyminąć, ale nie mogę.
- Jutro, dobrze? Pacjentka jest po operacji i potrzebuje spokoju. - próbuje mi coś wyjaśnić.
- Nie. To bardzo pilne. Proszę. - patrzę na nią błagalnym wzrokiem.
- Okay. Chodź. Zaprowadzę Cię. - bierze moją kroplówkę i wsiada ze mną do windy. - Ale tylko góra dziesięć minut. - dodaje, gdy jesteśmy pod odpowiednią salą.
- Dziękuję! - ściskam ją lekko i wchodzę do sali, gdzie leży Rena.
Siadam cicho przy łóżku dziewczyny i delikatnie chwytam jej dłoń. Po wydarzeniach w fabryce nie jest w najlepszej formie. Ma złamaną rękę, na którą upadła, uraz nogi przez puste beczki, które na nią spadły i lekkie poparzenia. Nadal nie wiem co jej strzeliło do głowy, aby podpalić stojące tam chemikalia. Przecież mogła umrzeć!
- Yh, oh… Ale boli… - kręci głową z zamkniętymi oczami i pojękuje cicho. Nie dziwię się jej, oparzenia bardzo bolą.
- Rena… Spokojnie… Będzie dobrze… - odzywam się do niej ściszonym głosem i ostrożnie dotykam jej policzka.
- Au. Lepiej nie. - odpowiada i spogląda na mnie. - To wszystko tak boli… Dlaczego mnie ratowałeś? - wpatruje się we mnie z wyrzutem.
- Bo… Bo… - nie wiem co jej powiedzieć. Po tym wszystkim co się wydarzyło sam już nie wiem co czuję.
- Bo? Bo mnie nienawidzisz i cieszy Cię moje cierpienie, czyż nie? - w jej oczach zauważam złość.
- Nie, to zupełnie nie to. - zaprzeczam szybko. - To… To… To już nie nienawiść. To cholerna miłość, która nigdy nie umarła. Nigdy. Schowała się nieco za złością, odrzuceniem i samotnością. Cierpiałem, bo szczerze Cię kocham, a Ty zrobiłaś mi takie coś… Chciałbym, żeby pewnego dnia było między nami okay, ale niektóre sprawy mi na to nie pozwalają. Choć serce bardzo pragnie być przy Tobie, umysł ciągle przypomina mi te okropne wydarzenia… Ale nigdy nie chciałbym, abyś cierpiała. - pomiędzy słowami muskam wargami jej dłoń.
- Robbie, nie kłam. - mówi, a głos jej się łamie.
- Nie kłamię. Zaufaj mi, proszę. - ocieram łzę z jej twarzy.
- Nie mogę, bo Ty mi nie ufasz… - odpowiada i odwraca głowę.
- Nie mów, że będziesz się teraz fochać… Re… - przesiadam się z krzesła na brzeg jej łóżka i obejmuję ramionami, tak, aby nie bolały ją oparzenia, ale czuła ciepło i uczucie, które pragnę jej dać.
- Odpuść, okay? To wszystko zaszło już za daleko. Oszukaliście mnie razem z Natem i Nią. Uknuliście sobie idealny plan… Chcieliście mnie zamknąć w psychiatryku, co? - rzuca mi krótkie nienawistne spojrzenie.
- Co? - jestem zaskoczony. - Mi Nate powiedział, że to Ty uparłaś się na Robbiego Deana w fabryce, aby wzbudzić moją zazdrość…
- Wymyślasz. Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. - odwraca się w moją stronę.
- A więc Nia i Nate wymyślili sami ten jakże genialny plan… - wzdycham.
- Genialny? Rozwalili wszystko. - Re nie łapie mojego sarkazmu.
- Ale teraz możemy sobie wszystko wyjaśnić. - uśmiecham się do niej.
- Nie chcę. To nie ma sensu. - protestuje.
- Jesteś strasznie dziwna, ale i tak Cię kocham. Kocham i spróbuję zapomnieć. Dasz nam szansę, Re? - patrzę prosto w jej oczy.
- Zastanowię się. - szepta.
- Jak chcesz. Wracam na swoją salę. - wstaję i chcę odejść, ale Lovelis chwyta moją dłoń.
- Na początku byłam wściekła, ale teraz cieszę się, że mnie uratowałeś. Dziękuję. - podnosi się nieco, z grymasem bólu na twarzy i robi z ust dziubek. Nie jestem do końca pewien, czy powinienem, jednak całuję ją, a z tym jednym pocałunkiem wraca cała masa wspomnień.

1 komentarz:

  1. A ja jednak dalej uważam, że Robbie specjalnie ją uratował, żeby patrzeć na jej cierpienie kiedy skóra schodzi z jej poparzonych pleców ;)
    W każdym razie rozdział fajny.
    Pozdrawiam i czekam na next.

    OdpowiedzUsuń