2018-08-20

Epilog

Po zaciętej walce z biskupem udało mi się po dwóch latach wywalczyć zmianę pastora. Nowy, dość młody, który pojawił się w Torrance jesienią niecałe pięć lat temu, od razu podbił serca wiernych. Z wielką chęcią pozwolił, abym z Ravenem odnowił autorskie Koło Modlitewne Porzuconych i Cierpiących Mężczyzn Szukających Ukojenia u Boga oraz pozwolił Renie wraz ze Stephi utworzyć takie samo koło dla kobiet. Nia i Nate znów zaczęli uświetniać msze i nabożeństwa, a Ana i Kenny odprawiać codzienne różańce. Nawet Luke dostał pracę na parafii - przejął po mnie sprzątanie w ramach 'pokuty'.

Jest piękny majowy dzień. Rena od rana szykuje całą naszą czwórkę pociech na Pierwszą Komunię Świętą Erica. W przyszłym roku też będziemy tak świętować, ale podwójnie, bo Lailę i Mirandę także wychowujemy w duchu religijnym. Nasz najmłodszy skarb ma już prawie siedem lat.
- Gotowi do wyjścia? - pyta Re, poprawiając fryzurę przed lustrem w korytarzu.
- Tak. - odpowiadam i pomagam dzieciom zająć miejsca w samochodzie. Musiałem kupić nowe auto, bo w tamtym przestaliśmy się mieścić.
- To wspaniale. Przynajmniej się nie spóźnimy. - odpiera i zamyka drzwi frontowe.
Wsiada na miejsce pasażera z przodu i zapinana pas. Ruszamy w stronę kościoła.

Podczas uroczystości bardzo się wzruszam. Jestem niewyobrażalnie dumny z syna Erica, który zgłosił się do zaśpiewania psalmu. Miłość do muzyki ma w genach.

Późnym wieczorem, gdy goście rozeszli się do domu, a dzieci położyły spać, wymykamy się z Reną do ogrodu. Kładziemy się razem na trawie i wpatrujemy się w gwieździste niebo, zupełnie jak dawniej. Obejmuję ją mocniej ramieniem i spoglądam prosto w jej śliczne oczy. Czuję jak znów się w niej zatracam bez opamiętania.
- Kocham Cię, Rena. - szeptam i muskam jej usta swoimi.
- Ja Ciebie też kocham, Robbie. - odpiera i namiętnie mnie całuje. 
Uśmiecham się przez pocałunek. Rena i dzieci sprawiają, że jestem najszczęśliwszy na świecie.


---
Witajcie,
dziękuję, że czytaliście dalej historię Robbiego i Reny w "Mistake'.
To nieco zakręcone FF dobiegło końca, ale jeśli czujecie niedosyt...
Już 30 sierpnia swoją premierę będzie miało nowe FF - 'Psychotic'. Zachęcam do obserwowania już dziś!


Do napisania,
Wiki R5er 

2018-08-19

2.9.

Podczas ostatniego spotkania naszego koła modlitewnego niespodziewanie w połowie otwierają się drzwi. Wszystkie spojrzenia kierują się w stronę 'nowego członka koła' - Luke'a Hemmingsa.
- Szczęść Boże! - mówi i zajmuje wolne miejsce na przeciw mnie.
- Szczęść Boże. - odpowiadam i spoglądam na niego. - Cóż Cię do nas sprowadza, Luke? - pytam, próbując rozładować panujące w sali napięcie.
- Muszę coś zrobić. Ale może zacznę od krótkich wyjaśnień. - odpiera i wstaje. Rozgląda się wzrokiem po zgromadzonych i zaczyna mówić. - Pewnie każdy wie, że nazywam się Luke Hemmings. I pewnie wielu z Was zdążyło juz nie raz powiedzieć 'a żona zdradza mnie z Hemmingsem'. Cóż, część z Was, owszem, ma rację, ale inna część zupełnie nie. Nie jestem typem co odbija kobiety. Każdy 'romans' trwał tylko do momentu, gdy poznałem prawdę. Macie świadomość ile z waszych żon nie mówi prawdy? Ile oszukało mnie, mówiąc, że są wolne? No, właśnie. Wy ubolewacie nad jedną, niewartą was kobietą, kiedy one raz za razem rozkochują mnie w sobie i łamią serce. Dopiero siostra pastora Stephanie uświadomiła mnie całej prawdy. Wybaczcie, jeśli przeze mnie macie teraz zniszczone życie, ale, mam nadzieję, wszystko się ułoży i będzie nawet lepiej. Przepraszam z całego serca. - milknie i spuszcza głowę.
Po chwili ciszy, wychodzi z salki. Ruszam za nim.
- Luke, zaczekaj! - wołam i łapię go za nadgarstek. - Wróć. Pomódl się z nami. Dobrze, że zrozumiałeś swój błąd i chcesz to naprawić. Jeśli pragniesz też pojednać się z Bogiem, poczekaj do końca spotkania. Wyspowiadam Cię. - mówię, a on tylko na mnie patrzy zaszklonymi oczami.
- Dziękuję Robbie. Jesteś naprawdę wspaniałym człowiekiem. Ale ja już pójdę. Wrócę, kiedy będę gotowy. - przytula mnie i odchodzi.

W poniedziałkowy poranek siedzę z Ravenem w biurze parafialnym przy kawie i robię rozliczenia.
- Ej, Robbie! Patrz! - wskazuje na okno.
Wstaję z krzesła i podchodzę bliżej. Opieram się rękoma o parapet i wpatruję się w stojący przed Domem Parafialnym samochód firmy przeprowadzkowej.
- Co jest do choler... - nie kończę, bo w tym momencie słyszę skrzypienie otwieranych drzwi.
- Niech będzie pochwalony! - woła wchodząca osoba.
- Na wieki wieków. - odpieram, dalej patrząc na ciężarówkę i nie wierząc własnym oczom.
- P-p-przepraszam. - wybąkuje Rav, a zaraz potem dobiega do mnie dźwięk odsuwanego w pośpiechu krzesła. - To... To... To ja już pójdę. - mówi i wychodzi.
- No... No... Nieźle się tu urządziłeś, fake'u *. - zaczyna nieznajomy.
Odwracam się od okna i lustruję wzrokiem mężczyznę, który bezprawnie rozsiada się w moim fotelu. Jest szczupły, chyba niezbyt wysoki, z lekką siwizną we włosach. Na szyi, przy koszuli, ma koloratkę.
- Fake'u? - powtarzam zaskoczony. - Śmie duchowny nazywać pastora fake'm? - podchodzę bliżej, wbijając w niego wzrok.
- Nie jesteś pastorem, nie oszukuj się. - odpiera i kładzie nogi na biurko, zwalając wszystkie dokumenty. - Podnieś, szczeniaku! - zarządza.
- Nikt nie będzie mnie tak chamsko traktował. Sam zwaliłeś, sam podniesiesz. - odpowiadam ze złośliwością, za co dostaję siarczysty policzek.
- Wynoś się, potomku szatana! - krzyczy.
Śmieje się pod nosem, podchodząc do drzwi. W sumie czemu by nie sprawdzić na co 'staruszka' stać...
- Nie jestem potomkiem szatana i nie wyniosę się stąd. To moja parafia! - mówię, kładąc ręce na biurku. Nachylam się w jego stronę. - Nie odejdę bez walki. - cedzę przez zęby.
Na jego reakcję nie muszę długo czekać. Zrywa się zza biurka i chwyta mnie za kołnierz od bluzki. Policzkuje mnie, a następnie wyrzuca, za drzwi, nieprzerwanie rzucając wyzwiskami w moją stronę. Pokazuję mu środkowy palec i wsiadam do swojego białego Forda. Ruszam i jadę prosto do domu. Czas wrócić do dawnego życia.

--- 
* fake - fałszywy, nieprawdziwy; odniesieniu do osoby - oszust, kłamca

2018-08-18

2.8.

We wtorek, gdy wracam do domu po wieczornej mszy, słyszę dobiegającą z kuchni rozmowę.
- Ja nie wiem, co mam zrobić. Raven myśli, że go zdradzam, ale to nie tak. Luke... Luke poprosił mnie o pomoc przed randką. Potem dopiero dowiedziałam się, że wcale nie chodziło mu o to, tylko o zniszczenie Robbiego. Chciał go sprowokować, aby stracił swoją pozycję społeczną... - mówi Stephanie, którą poznałem po głosie.
- Myślę, że powinnaś porozmawiać z nim. W czwartek wieczorem na pewno będzie w kościele, a tam przecież nie będzie chciał się kłócić. - odpiera Rena.
- Dziękuję. - wyglądając zza ściany, widzę jak Stephi obejmuje Re.
W tym momencie decyduję się wkroczyć do pomieszczenia.
- O, Robbie! Już jesteś? - pyta żona, puszczając moją siostrę i podchodząc do mnie.
- Tak. Ten młody ksiądz odprawi wieczorne nabożeństwo. - odpowiadam i czule całuję ją w usta.
- To fajnie. - uśmiecha się do mnie i wraca do szykowania kolacji.
- Ja już się będę zbierać. Jeszcze raz dzięki, Rena. - oznajmia Stephi i wychodzi. - Pa! - woła, a chwilę potem słyszę zamykanie drzwi.
- Ah ta Stephanie... - wzdycham. - Mam nadzieję, że następnym razem zostanie trochę dłużej i będę miał okazję z nią porozmawiać... - dodaję. - Idę jeszcze zajrzeć do dzieci i zaraz do Ciebie wracam, skarbie. - mówię i kieruję się na piętro do pokoju dziecięcego.
Delikatnie otwieram drzwi i zauważam, że moje słodziaki już śpią. Całuję je tylko w czółka i wracam do żony. Znów mamy cały wieczór tylko dla siebie.

W czwartek odbywa się kolejne spotkanie koła modlitewnego. Dołącza się do nas kilka nowych osób w tym moi znajomi z branży muzycznej - Hugo, Sergio, Tom, Jordan i Ashton. Prosimy ich o opowiedzenie swoich historii, a później rozmawiamy o zmianach w naszych życiach. Wspominam im, iż okazało się, że moja żona jednak jest mi wierna, co potwierdziły odebrane przeze mnie wczoraj wyniki ponowionych badań. Akurat, gdy kończyłem swoją wypowiedź, do salki weszła Stephanie.
- Stephi!? - Raven wyraźnie zaskoczony zerwał się z miejsca. - Co Ty tu robisz?
- Ja... Ja... Ja chcę Cię przeprosić. - mówi, podchodząc bliżej. - I Ciebie, Robbie. - Przepraszam za tą całą sprawę z Lukem. Mogę Ci wszystko wyjaśnić, ale proszę, nie odchodź. Kocham Cię, Raven. - kontynuuje, łapiąc go za rękę.
- Ja też Cię kocham, Stephi. - odpowiada i czule ją całuje.
Wszyscy zgromadzeni zaczynają klaskać. Gdy znów zapada cisza proponuję wspólną modlitwę w ramach podziękowania za szczęście Ravena i o siłę na dalszą walkę dla pozostałych.

Kolejne tygodnie mijają naprawdę szybko i spokojnie. Skład Koła Modlitewnego Porzuconych i Cierpiących Mężczyzn Szukających Ukojenia u Boga ciągle się zmienia. Kilku mężczyzn pogodziło się z swoimi żonami, kilku podjęło decyzję o rozstaniu, a pozostali dalej proszą Boga o pomoc. Między Ravenem a Stephanie układa się coraz lepiej, podobnie między mną a Reną. Cała ta harmonia życiowa zostaje zburzona podczas ostatniego spotkania naszego koła.

2018-08-17

2.7.

W czwartek po mszy świętej, udaję się do salki na spotkanie Koła Modlitewnego Porzuconych i Cierpiących Mężczyzn Szukających Ukojenia u Boga. Raven kończy właśnie ustawianie krzeseł.
- Niech będzie pochwalony... - mówi, zauważając mnie.
- Na wieki wieków. - odpowiadam i podchodzę bliżej. - Stresujesz się? - pytam, zapalając świece przy świętym obrazie.
- Nie, przecież będziesz tu i mi pomożesz. - odpiera i siada na jednym z krzeseł. - Z resztą, z Bogiem wszystko się uda. - dodaje i uśmiecha się.
- To wspaniale, że tak ufasz Bogu. Nie zaprzestawaj, a Pan nagrodzi Cię po śmierci. - siadam obok niego.
- No mam nadzieję. - rzuca ze śmiechem.
W tym momencie drzwi otwierają się i pierwsi uczestnicy wchodzą, wychwalając Boga. Zachęcamy ich do zajęcia miejsc i zaczekania na innych.

Punktualnie o 6 PM rozpoczynamy pierwsze spotkanie modlitwą i pieśnią chwalącą naszego Pana. Następnie zasiadamy w okręgu.
- Witam Was serdecznie. Mam nadzieję, że nasze cotygodniowe spotkania pomogą nam uporać się z trudnościami naszych żyć. - rozpoczynam. - Przewodniczyć nam będzie Richard Wayne Scott, który jako pierwszy podzieli się z nami swoją historią. - dodaję, wskazując na siedzącego obok mnie Ravena. - Każdy z Was również opowie nam swoją historię, jeśli czuje się na to gotowy. Na koniec pomodlimy się jeszcze raz i udzielę Wam błogosławieństwa. Czy są jakieś pytania czy możemy zaczynać? - pytam, ale odpowiada mi milczenie. Po chwili daję Ravenowi znak, iż może zaczynać.
Craft wstaje z miejsca i rozgląda się po zgromadzonych.
- Witajcie. Jak już wiecie nazywam się Richard, ale mówcie na mnie Raven. Od roku jestem żonaty. Niestety żona zdradza mnie z Hemmingsem. - mówi, a na sali robi się szum.
- Mnie też! - zgłasza się jeden z mężczyzn, a kolejny przez przekrzykuje się przez niego.
- Cisza! - przerywam im. - Może pozwolicie dokończyć Ravenowi?
- A pastora też żona zdradza z Hemmingsem? - pyta jeden z nieznanych mi wiernych.
- O mnie będzie później. Kontynuuj Rav. - ucinam dyskusję.
Dalszy ciąg spotkania przebiega już spokojnie. 3/4 zgromadzonych żony zdradzają z Hemmingsem. Cóż za zbieg okoliczności...
- Moja narzeczona zdradza mnie z transem. W sumie to z dwoma transami. - wyznaje kolejny, a ja rozpoznaję, że to narzeczony Taylor, Zachary. - Ciągle odkłada na później nasz ślub... Pewnie dlatego, a mówi, że to przez modeling... - skarży się. Po jego wypowiedzi kilkoro z nas mówi mu słowa pocieszenia.
Na samym końcu przychodzi kolej na moją historię.
- Zapewne wiecie, że nazywam się Robert Picker, ale wszyscy mówią na mnie Robbie. Jestem tutejszym pastorem od kilku tygodni. Cóż by Wam opowiedzieć. Moje życie nigdy nie było łatwe. Zostałem oskarżony o coś czego nie zrobiłem i musiałem ukrywać się w parafii. Sprzątałem tutaj przez dobre cztery lata. W międzyczasie cała sprawa się wyjaśniła, zostałem szczęśliwym mężem i ojcem wspaniałej trójki. Więc co jest nie tak? Od kiedy zostałem pastorem, zacząłem odczuwać, że oddalamy się od siebie z żoną. Myślałem, że to chwilowy kryzys, ale kiedy dowiedziałem się, że jest ponownie w ciąży, zorientowałem się, że mnie zdradza. Zdradza mnie z wszystkim tu dobrze już znanym Hemmingsem. Chciałem złożyć pozew rozwodowy jak większość z Was, ale przecież ślubowałem jej, że będę z nią na dobre i na złe. Drodzy współtowarzysze tego koła, nie poddajmy się bez walki o to co kochamy. Pomódlmy się do Boga o siłę. Prośmy go o wsparcie i o to, aby pomógł nam przezwyciężyć zło. Pamiętajcie, nie wszystko stracone, jeśli potrafimy wybaczać. - milknę na chwilę, aby mieli chwilę na osobiste refleksje. - A teraz pomódlmy się do Pana naszego wszechmogącego. - wstaję i wskazuję na obraz.
Po wspólnej modlitwie wszyscy rozchodzą się w swoje strony, oprócz mnie, Ravena i Zacha. Ten ostatni przychodzi porozmawiać ze mną jeszcze przez chwilę, kiedy Rav ustawia krzesła na miejsce.
- Ja już nie wiem co dalej, Robbie... - wyznaje. - Chyba lepiej byłoby się rozstać. Jeśli nie jest ze mną szczęśliwa, a będzie z kimś innym to ja się wycofam. Zwrócę jej wolność. - dodaje.
- Myślę, że to naprawdę piękna postawa, ale zwróć też uwagę na swoje szczęście. Życzę Ci wszystkiego najlepszego, Zach. - klepię go po kumpelsku po plecach.
Gdy Zach wychodzi, odwracam się do Ravena i wzdycham. To był naprawdę wyczerpujący dzień.

Wracam do domu wyczerpany. Zdejmuję buty i od razu kładę się na kanapę w salonie. Zamykam oczy, gdy nagle słyszę szmer i czuję ciepłe wargi na moich. Otwieram oczy i widzę Renę. Jej oczy błyszczą, a na ustach ma szeroki uśmiech.
- Długo Cię nie było, kochanie. - mówi i siada obok moich nóg. - Dzieci są u mojej mamy, przygotowałam kolację... Chciałam Cię przeprosić za to, że ostatnio nie byłam okay wobec Ciebie. Teraz już wiem, ile znaczy dla Ciebie ta parafia i pomogę Ci we wszystkim. - dodaje.
- Myślałem, że temat parafii już dawno temu zakończyliśmy... Z resztą nieważne. Spędźmy miło ten wieczór. - odpieram i pomimo iż jestem zmęczony, idę z Re do kuchni.
Stół przykryła obrusem w kratkę, na stole ustawiła kwiaty, świece i naczynia. Jak romantycznie...
Rena wyjmuje z lodówki kilka potraw i stawia na stole. Wyciąga też schłodzoną butelkę i otwiera.
- Przepraszam, ale dziś będzie tylko sok wiśniowy. - mówi, nalewając go do kieliszków. No tak, ma imitować wino.
- Nie szkodzi. Jak się czujecie? - pytam.
- Jest dobrze. Mamy się naprawdę dobrze. Ale nie wiem czemu to Cię interesuje... Przecież nie twoje nie? - mówi i sięga kopertę z szuflady.
- Ja... Ja miałem Ci o tym powiedzieć... Ale do cholery, nigdy bym nie pomyślał, że mnie zdradzasz. - kłamię.
- No tak.... Pastor to musi wierzyć w cuda... - śmieje się.
- Raczej myślę, że to kolejna pomyłka. Pełno ich w moim życiu... - wzdycham i nakładam sobie trochę wegańskiej sałatki.
- Oj Robbie... Nie bądź takim pesymistą! - oburza się.
- Nie jestem. Jestem racjonalistą! Dlatego postanowiłem ponowić badania. Może mój przypadek udowodni, że medycyna nie jest nieomylna. - odpowiadam, nabijając pomidorka na widelec.
- To dobrze. - uśmiecha się do mnie i upija łyk soku. 
Ten wieczór rozwiewa moje wątpliwości co do jej niewierności.