Podczas ostatniego spotkania naszego
koła modlitewnego niespodziewanie w połowie otwierają się drzwi.
Wszystkie spojrzenia kierują
się
w stronę
'nowego członka koła' - Luke'a Hemmingsa.
- Szczęść Boże!
- mówi i zajmuje wolne miejsce na przeciw mnie.
- Szczęść Boże.
- odpowiadam i spoglądam
na niego. - Cóż
Cię
do nas sprowadza, Luke? - pytam, próbując
rozładować
panujące
w sali napięcie.
- Muszę coś
zrobić.
Ale może
zacznę
od krótkich wyjaśnień. - odpiera i
wstaje. Rozgląda
się
wzrokiem po zgromadzonych i zaczyna mówić. - Pewnie każdy wie, że nazywam się Luke Hemmings.
I pewnie wielu z Was zdążyło
juz nie raz powiedzieć
'a żona
zdradza mnie z Hemmingsem'. Cóż,
część
z Was, owszem, ma rację,
ale inna część
zupełnie nie. Nie jestem typem co odbija kobiety. Każdy 'romans'
trwał tylko do momentu, gdy poznałem prawdę.
Macie świadomość ile z waszych żon nie mówi
prawdy? Ile oszukało mnie, mówiąc,
że
są
wolne? No, właśnie.
Wy ubolewacie nad jedną,
niewartą
was kobietą,
kiedy one raz za razem rozkochują
mnie w sobie i łamią
serce. Dopiero siostra pastora Stephanie uświadomiła
mnie całej prawdy. Wybaczcie, jeśli
przeze mnie macie teraz zniszczone życie,
ale, mam nadzieję,
wszystko się
ułoży
i będzie
nawet lepiej. Przepraszam z całego serca. - milknie i spuszcza głowę.
Po chwili ciszy, wychodzi z salki.
Ruszam za nim.
- Luke, zaczekaj! - wołam i łapię go za
nadgarstek. - Wróć.
Pomódl się
z nami. Dobrze, że
zrozumiałeś
swój błąd
i chcesz to naprawić.
Jeśli
pragniesz też
pojednać
się
z Bogiem, poczekaj do końca
spotkania. Wyspowiadam Cię.
- mówię,
a on tylko na mnie patrzy zaszklonymi oczami.
- Dziękuję
Robbie. Jesteś
naprawdę
wspaniałym człowiekiem. Ale ja już
pójdę.
Wrócę,
kiedy będę gotowy. -
przytula mnie i odchodzi.
W poniedziałkowy poranek siedzę z Ravenem w
biurze parafialnym przy kawie i robię rozliczenia.
- Ej, Robbie! Patrz! - wskazuje na
okno.
Wstaję z krzesła i podchodzę bliżej. Opieram się rękoma o parapet
i wpatruję
się
w stojący
przed Domem Parafialnym samochód firmy przeprowadzkowej.
- Co jest do choler... - nie kończę, bo w tym
momencie słyszę
skrzypienie otwieranych drzwi.
- Niech będzie pochwalony! - woła wchodząca osoba.
- Na wieki wieków. - odpieram, dalej
patrząc
na ciężarówkę i nie wierząc własnym
oczom.
- P-p-przepraszam. - wybąkuje Rav, a
zaraz potem dobiega do mnie dźwięk odsuwanego w
pośpiechu
krzesła. - To... To... To ja już
pójdę.
- mówi i wychodzi.
- No... No... Nieźle się tu urządziłeś, fake'u *. -
zaczyna nieznajomy.
Odwracam się od okna i
lustruję
wzrokiem mężczyznę, który
bezprawnie rozsiada się w moim fotelu. Jest szczupły, chyba
niezbyt wysoki, z lekką
siwizną
we włosach. Na szyi, przy koszuli, ma koloratkę.
- Fake'u? - powtarzam zaskoczony. - Śmie duchowny
nazywać
pastora fake'm? - podchodzę
bliżej,
wbijając
w niego wzrok.
- Nie jesteś pastorem, nie
oszukuj się.
- odpiera i kładzie nogi na biurko, zwalając
wszystkie dokumenty. - Podnieś,
szczeniaku! - zarządza.
- Nikt nie będzie mnie tak
chamsko traktował. Sam zwaliłeś,
sam podniesiesz. - odpowiadam ze złośliwością, za co dostaję siarczysty
policzek.
- Wynoś się,
potomku szatana! - krzyczy.
Śmieje
się
pod nosem, podchodząc
do drzwi. W sumie czemu by nie sprawdzić
na co 'staruszka' stać...
- Nie jestem potomkiem szatana i nie
wyniosę
się
stąd.
To moja parafia! - mówię,
kładąc
ręce
na biurku. Nachylam się
w jego stronę.
- Nie odejdę
bez walki. - cedzę
przez zęby.
Na jego reakcję nie muszę długo czekać. Zrywa się zza biurka i
chwyta mnie za kołnierz od bluzki. Policzkuje mnie, a następnie wyrzuca,
za drzwi, nieprzerwanie rzucając
wyzwiskami w moją
stronę.
Pokazuję
mu środkowy
palec i wsiadam do swojego białego Forda. Ruszam i jadę prosto do
domu. Czas wrócić
do dawnego życia.
---
* fake - fałszywy, nieprawdziwy;
odniesieniu do osoby - oszust, kłamca
Czyżby pojawił się nowy "spadkobierca" parafii?
OdpowiedzUsuńAle fajnie, że Luke się pojawił i że Craft jest szczęśliwy :)
Buziaki i do jutra