Staję pod biurem parafialnym i podsłuchuję rozmowę rodziców Reny
z pastorem. Serce wali mi jak szalone. Strasznie boję się, że pastor może niechcący powiedzieć, iż tu jestem, co
tylko sprowadziłoby jeszcze większe
kłopoty.
- Niech ksiądz się zgodzi
odprawić
za Renę
mszę.
Może
to pomoże
jej udręczonej
duszy. - widzę
przez szklane drzwi jak pani Ana pada na kolana.
- Dobrze, odprawię. Tylko wątpię czy to wiele
pomoże.
Rozmawiałem z nią
ostatnio, także
prosiła o modlitwę.
Jak widać
coś
poważnego
musiało się
wydarzyć
skoro państwo
tu przyszliście.
- mówi spokojnie, zaparzając
kawę.
- Proszę
usiąść,
porozmawiamy jeszcze. - dodaje i stawia filiżanki na biurku.
Gdy Ana zaczyna opowiadać całość, wszystko
nagle do mnie wraca. Z oczu zaczynają
płynąć
mi łzy, więc
chcę
jak najszybciej odejść
i już
dalej nie słuchać,
jednak wpadam na pozostawioną
miotłę.
Hałas jest straszny, aż
pastor wychodzi z biura.
- Cicho, idź pozamiataj w
kaplicy. - szepta, patrząc
na mnie. - Albo lepiej do domu. I nie martw się o nic. Nie wydam Cię. - zmienia
zdanie i wraca do państwa
Enea.
Po powrocie do domu siadam w salonie z
paczką
niezdrowych chipsów i włączam
byle jaki kanał.
To wszystko jest coraz bardziej
skomplikowane. Najpierw w moim w miarę
ustatkowanym życiu
zjawia się
Rena, teraz jej rodzice… Wszystko przestaje mieć sens. Ona chce się spotkać, naprawić to. Oni myślą, że cierpi, bo
zrobiłem jej krzywdę.
A to wszystko to jedna wielka pomyłka, jedno wielkie kłamstwo. Gdy tylko
przypominam sobie ten cholerny dzień,
mam ochotę
odebrać
sobie życie.
Zostałem sam, bezbronny, wyśmiany,
wytykany palcami, z etykietką
"nic niewarty śmieć". Widziałem smutek w oczach
Adama, złość
u Any i samozadowolenie Reny. Sława i pieniądze są teraz najważniejszą wartością dla wielu,
dla Reny też.
Lovelis nie martwiła się,
że
prawda może
wyjść
na jaw. Nie obchodziły jej moje uczucia, moje dalsze życie. Nic dla
niej nie znaczyłem, choć
obdarzyłem ją
prawdziwą,
szczerą
i niezniszczalną,
jak mi się
wydawało, miłością. Czasami
jednak lepiej nie otwierać
się
przed ludźmi,
zamknąć
swoje serce i żyć niczym robot.
Aldous Huxley w swojej książce
"Nowy wspaniały świat" ukazał świat,
w którym nie było uczuć,
a ludzie byli szczęśliwi.
Może
i w swoim dziele chciał ustrzec ludność
przed taką
koleją
rzeczy, ale miał po części
rację.
Życie
bez uczuć
jest szczęśliwe.
Nie zakochasz się,
nikt Cię
nie zrani… Przecież
"każdy należy do każdego". Wybutlowani, identyczni, szczęśliwi. Może za kilka, bądź kilkadziesiąt lat, tak będzie. Może wtedy świat pozbędzie się takich
podłych osobników jak Rena. Albo chociaż
zamknie ich w rezerwacie Dzikich, Innych. Może wtedy świat stanie się lepszym,
nowym wspaniałym światem.
Robbie nie jest takim głupim zamiataczem jak myślałam. Ma bardzo głębokie przemyślenia. Widać, że życie go bardzo skopało.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i czekam na next.