Gdy wieczorem doktor kończy obchód,
wychodzę
i ruszam powoli korytarzem. Muszę
znaleźć
Renę
i z nią
porozmawiać.
- Panie Picker, co pan robi? - jedna z
pielęgniarek
zatrzymuje mnie po drodze.
- Muszę zobaczyć się z Reną. - odpieram i chcę ją wyminąć, ale nie mogę.
- Jutro, dobrze? Pacjentka jest po
operacji i potrzebuje spokoju. - próbuje mi coś wyjaśnić.
- Nie. To bardzo pilne. Proszę. - patrzę na nią błagalnym
wzrokiem.
- Okay. Chodź. Zaprowadzę Cię. - bierze moją kroplówkę i wsiada ze
mną
do windy. - Ale tylko góra dziesięć
minut. - dodaje, gdy jesteśmy
pod odpowiednią
salą.
- Dziękuję! - ściskam ją lekko i wchodzę do sali,
gdzie leży
Rena.
Siadam cicho przy łóżku dziewczyny
i delikatnie chwytam jej dłoń.
Po wydarzeniach w fabryce nie jest w najlepszej formie. Ma złamaną rękę, na którą upadła, uraz
nogi przez puste beczki, które na nią
spadły i lekkie poparzenia. Nadal nie wiem co jej strzeliło do głowy, aby
podpalić
stojące
tam chemikalia. Przecież
mogła umrzeć!
- Yh, oh… Ale boli… - kręci
głową z zamkniętymi
oczami i pojękuje cicho. Nie dziwię
się jej, oparzenia bardzo bolą.
- Rena… Spokojnie… Będzie
dobrze… - odzywam się do niej ściszonym
głosem i ostrożnie dotykam jej policzka.
- Au. Lepiej nie. - odpowiada i spogląda
na mnie. - To wszystko tak boli… Dlaczego mnie ratowałeś?
- wpatruje się we mnie z wyrzutem.
- Bo… Bo… - nie wiem co jej powiedzieć.
Po tym wszystkim co się wydarzyło sam już
nie wiem co czuję.
- Bo? Bo mnie nienawidzisz i cieszy Cię
moje cierpienie, czyż nie? - w jej oczach zauważam
złość.
- Nie, to zupełnie nie to. - zaprzeczam
szybko. - To… To… To już nie nienawiść.
To cholerna miłość, która nigdy nie umarła. Nigdy.
Schowała się nieco za złością,
odrzuceniem i samotnością. Cierpiałem, bo szczerze Cię
kocham, a Ty zrobiłaś mi takie coś…
Chciałbym, żeby
pewnego dnia było między
nami okay, ale niektóre sprawy mi na to nie pozwalają. Choć serce bardzo
pragnie być
przy Tobie, umysł ciągle
przypomina mi te okropne wydarzenia… Ale nigdy nie chciałbym, abyś cierpiała. - pomiędzy słowami
muskam wargami jej dłoń.
- Robbie, nie kłam. - mówi, a głos jej
się
łamie.
- Nie kłamię. Zaufaj mi,
proszę.
- ocieram łzę
z jej twarzy.
- Nie mogę, bo Ty mi nie ufasz…
- odpowiada i odwraca głowę.
- Nie mów, że będziesz
się
teraz fochać…
Re… - przesiadam się
z krzesła na brzeg jej łóżka
i obejmuję
ramionami, tak, aby nie bolały ją
oparzenia, ale czuła ciepło i uczucie, które pragnę jej dać.
- Odpuść, okay? To wszystko
zaszło już
za daleko. Oszukaliście
mnie razem z Natem i Nią.
Uknuliście
sobie idealny plan… Chcieliście mnie zamknąć w psychiatryku,
co? - rzuca mi krótkie nienawistne spojrzenie.
- Co? - jestem zaskoczony. - Mi Nate
powiedział, że
to Ty uparłaś
się
na Robbiego Deana w fabryce, aby wzbudzić
moją
zazdrość…
- Wymyślasz. Nigdy bym
czegoś
takiego nie zrobiła. - odwraca się
w moją
stronę.
- A więc Nia i Nate wymyślili sami ten
jakże
genialny plan… - wzdycham.
- Genialny? Rozwalili wszystko. - Re
nie łapie mojego sarkazmu.
- Ale teraz możemy sobie
wszystko wyjaśnić. - uśmiecham się do niej.
- Nie chcę. To nie ma sensu. - protestuje.
- Jesteś strasznie dziwna,
ale i tak Cię
kocham. Kocham i spróbuję
zapomnieć.
Dasz nam szansę,
Re? - patrzę
prosto w jej oczy.
- Zastanowię się. - szepta.
- Jak chcesz. Wracam na swoją salę.
- wstaję
i chcę
odejść,
ale Lovelis chwyta moją
dłoń.
- Na początku byłam wściekła, ale
teraz cieszę
się,
że
mnie uratowałeś.
Dziękuję. - podnosi się nieco, z
grymasem bólu na twarzy i robi z ust dziubek. Nie jestem do
końca
pewien, czy powinienem, jednak całuję ją, a z tym
jednym pocałunkiem wraca cała masa wspomnień.
A ja jednak dalej uważam, że Robbie specjalnie ją uratował, żeby patrzeć na jej cierpienie kiedy skóra schodzi z jej poparzonych pleców ;)
OdpowiedzUsuńW każdym razie rozdział fajny.
Pozdrawiam i czekam na next.