Wpadam do sali Reny, podczas, gdy
dziewczyna je obiad.
- Robbie? Co tu robisz? Nie powinieneś być w domu z mamą? - pyta
zaskoczona.
- Powinienem, ale zaistniała pewna
niemiła sytuacja. - odpieram i chwytam jej dłoń. - Tylko się nie denerwuj…
- Niby czemu bym miała. O co chodzi,
Robbie? - patrzy na mnie nieco zmartwiona.
- Twoi rodzice przyszli dziś na obiad do
mnie z pastorem i twoja matka zrobiła awanturę. Ja tak dłużej nie mogę. Musisz wyznać im prawdę. - mówię z pełną powagą.
- Ale oni teraz i tak nie uwierzą… Nie wiem co
robić…
- rozpłakuje się.
- Spokojnie Rena… Nie zostawię Cię i nie przestanę kochać. - przytulam
ją
do siebie i cmokam w czoło.
- Oni kiedyś Cię zabiją, Robbie…
Czy warto aż
tak ryzykować?
- ciągnie
nosem.
- Dla Ciebie zawsze warto. - odpowiadam
bez zastanowienia.
Teraz kiedy nasze relacje znacznie się poprawiły,
pojawił się
problem z jej rodzicami. Ciągle
żyją w kłamstwie
ich "malutkiej córeczki". Z resztą cały świat tak żyje…
Do wieczora zostaję u Reny, a
potem wracam do domu, gdzie czeka pastor i moja matka.
- Nie wiedziałem, że tak to się skończy. - pastor
podchodzi do mnie i przytula. - Przepraszam Robbie.
- To nie pastora wina. To tylko oni nie
chcą
poznać
prawdy… - wzdycham i siadam obok mamy. Przytulam się do niej i
próbuję
przez chwilę
zapomnieć
o świecie.
- Rozmawiałeś na ten temat z
Reną?
- głos rodzicielki nagle przerywa ciszę.
- Tak. Boi się ich
reakcji. - odpieram i siadam. - Ale kiedyś
trzeba będzie
stawić
czoło wszystkim kłamstwom. - dodaję i sięgam po pilota.
Płyta DVD od Re powinna nadal być w odtwarzaczu,
więc
naciskam na start. Po chwili na ekranie pojawia się radosna
Lovelis i ja. Razem, zakochani, szczęśliwi.
Pastor i mama oglądają to z uwagą, a ja powracam
myślami
do tamtych chwil.
- Wow. To niesamowite. - moja mama
pierwsza zabiera głos, gdy nagranie się
kończy.
- Mam jeszcze list… Nie wiem tylko czy
powinienem wrzucić
to na social media i uznać
za swój "wielki powrót do życia". - maluję
w powietrzu niewidzialny cudzysłów i wyciągam
spomiędzy
płyt kopertę.
Oboje czytają to uważnie, a następnie stwierdzają, że mój pomysł
jest niegłupi, tak więc
jeszcze tego wieczora po raz pierwszy od ponad miesiąca włączam social
media i nagle fala powiadomień
zalewa mnie.
Następnego ranka czeka na mnie kilka miłych
wiadomości
z portali społecznościowych.
Czytam je szybko, odpisuję
i zaczynam się
szykować.
Dziś
mam odebrać
Renę
ze szpitala. Przyjeżdżam
swoim białym fordem i od razu kieruję się pod odpowiedni
pokój, lecz nie zastaję
dziewczyny. Wracam do recepcji spytać
się
o nią.
- Pani Lovelis? Matka odebrała ją z rana i
kazała to panu przekazać.
Podobno nie mogła się
z panem skontaktować,
że
odebrała córkę.
- odpowiada i daje mi kopertę.
- Dziękuję.
- biorę
przedmiot i wracam do samochodu.
Dopiero w domu decyduję się sprawdzić jej zawartość.
"Robbie,
Wiem,
że na pewno myślałeś, że zobaczysz dziś Renę, zabierzesz ze sobą i będziecie szczęśliwi, lecz nie. Nigdy na to nie pozwolę. Skrzywdziłeś ją i ta wina nigdy nie będzie Ci odpuszczona. Musisz nauczyć się żyć jako "nic niewarty śmieć" oraz "potwór z Los Angeles".
Nigdy już nie zaznasz szczęścia, miłości, stabilności i spokoju. Już zawsze będziesz nikim, znienawidzonym przez wszystkich gościem.
Zatem
jeśli
nadal nie rozumiesz, proszę bardzo. Możesz szukać Re, dzwonić, pisać, ale nigdy jej nie odzyskasz. Znikamy na zawsze z twojego życia czy tego chcesz czy nie. Rena będzie musiała się pogodzić z tym, iż prawda nigdy nie wygra.
Zdychaj
w samotności,
Twoja
niedoszła teściowa Ana"
Ta Ana chyba jest walnięta na łeb. Robbie'mu i tak się uda odzyskać Re.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i czekam co dalej.