Po
wysłuchaniu Reny, mówię
jej kilka słów tak jak często
radzi ludziom pastor i zadaję
ofiarowanie mszy w intencji "tego chłopaka". Gdy dziewczyna opuszcza świątynię,
wracam do pracy. Ciągle
myślę nad tym co powiedziała. Znów
przypomniała mi co się
stało... To jeszcze zbyt bolesne, by o tym mówić.
-
Robbie, tu jesteś! -
pastor pochodzi do mnie z uśmiechem.
-
Coś się stało, pastorze? - pytam,
przerywając na chwilę.
-
Posprzątałbyś także w biurze parafialnym? - patrzy
na mnie.
-
Dobrze. Zaraz się tym
zajmę, tylko tu dokończę pracę.
- odpieram i ruszam dalej.
W
mojej rodzinnej parafii w Torrance jest tylko pastor i jeden ksiądz, który aktualnie wyjechał na
krótki urlop.
Po
zamieceniu świątyni, idę do biura. Zatrzymuję się przed drzwiami, gdyż ktoś
akurat tam czeka. Widzę
sylwetkę młodej
kobiety przed to, iż
są szklane. Staję nieco bliżej i słucham o co chodzi. Nie chcę być wścibski,
ale taka już moja
natura.
-
Pastorze! - słyszę
znów głos Reny.
-
Rena! Ile to czasu Cię
nie było... - ściska
ją serdecznie. - Co
Cię tu sprowadza?
-
Jak to pastor nie wie co. Przecież
przed chwilą zadał mi
pastor jako pokutę
mszę. - mówi, a moje
serce przyśpiesza.
Teraz mnie wsypie.
-
Co? Przecież nie
byłem w konfesjonale... - przesuwa krzesło i siada.
-
Ale... Ale nikogo innego nie ma. - Lovelis zaskoczona podchodzi do biurka.
-
Panno Lovelis, to niemożliwe.
- mówi i wyciąga
kalendarz.
-
Nie niemożliwe. -
upiera się przy
swoim. - Proszę jak
najszybciej mszę. -
odpiera stanowczo, a potem podaje intencję.
Gdy
wychodzi, odskakuję
na bok i zakrywam twarz, aby mnie nie rozpoznała. Wchodzę do biura i zaczynam zamiatać, jakby nic się nie stało.
-
Robbie, chcesz mi coś
powiedzieć? - pastor
przerywa mi pracę.
-
Niby co. Sprzątam jak
zwykle. - odpowiadam i kontynuuję
zamiatanie.
-
Siedziałeś w
konfesjonale, czyż
nie? - pyta, a ja nie wiem co powiedzieć.
- Musiałeś, bo była u
nas dziewczyna, która przed chwilą
się wypowiadała. Ja
byłem zajęty pracą w tutaj, a nikogo innego nie ma.
Więc jak, Robbie?
-
Tak, przepraszam. - spuszczam wzrok. Jest mi głupio. Jako dobry znajomy moich
rodziców, ufa mi. A przynajmniej ufał.
-
Przepraszasz? Teraz ta dziewczyna będzie
żyła z błędzie. - jest zły.
-
Przepraszam. Więcej
tego nie zrobię,
obiecuję. - kładę rękę
na sercu. - A teraz wracam do pracy. - odwracam się i wracam do sprzątania.
Zdecydowanie
więcej tego nie zrobię. Nie chcę kłopotów, które są mi nie potrzebne.
Ale odj**ał! :)
OdpowiedzUsuńI wszystko by się udało gdyby nie pastor ;)
Pozdrawiam i czekam co dalej.